niedziela, 30 października 2011

Rzeczy

Les Choses. Une histoire des années soixante G. Pereca. Dawno przeczytane. Do rozwazenia na nowo.


Przeprowadzilam sie. Znowu. Od 2007 roku przeprowadzilam sie tyle razy, ze... az liczyc sie nie chce. W samej ciazy przeprowadzalam sie 3 razy. To raz na trymestr! Przeprowadzalam sie pomiedzy krajami, pomiedzy miastami. Po drodze gubilam rzeczy...


Ale dopiero podczas tej - ostatniej mam nadzieje na dlugi czas - przeprowadzaki zdalam sobie sprawe, ze zgubilam tych rzeczy za malo. Powinnam zgubic wszystkie. Mam malego T. przy sobie i M. i to mi wstarcza. To jest najwazniejsze. No moze jeszcze majtki na zmiane sie przydadza, ale... te aniolki z Cepelii, swieczki, torebki, kilka rodzajow lyzeczek do wyciagania makaronu z garnka. Sorry Gregory, ale tego nie chce. Vanitas vanitatum.


Wyrzucic szkoda. Wiec oddaje. Lozeczko dzieciece, mikrofalowka, lozko, polka, troche ksiazek. Tak, tak i te aniolki z Cepelii. Plastykowa lyzeczke do lodow jednak wyrzuce. Jednak nie ma co zostawac krolowa sentymentalnych smieci. Ta lyzeczka jadlam lody pierwszy raz bedac we Wloszech. E tam...


Rzeczy. Marnosc. Postanawiam sobie (i mam to czarno na bialym), ze koniec z tym. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz